Od pulpecika do diabetyka-półmaratończyka

Od dziecka byłam sportową łamagą. Jakakolwiek forma ruchu była mi obca, głównie z racji lekkiej nadwagi, jakiej nabawiłam się w dzieciństwie dzięki nadgorliwości babci w kwestii karmienia. Jako małe dziecko byłam chuda jak patyk i mój apetyt, a raczej jego brak, był zmorą moich rodziców. (Dziś wiem co to zemsta losu – to samo miałam z moim synkiem-niejadkiem). Potem do akcji wkroczyła babcia, której karmicielskie sztuczki skutecznie doprowadziły mnie do nadwagi i bezpowrotnej utraty przydomka Tadka-niejadka. Nadgorliwość babci w karmieniu trafiła na podatny grunt w postaci okresu dojrzewania, sprzyjającego nabieraniu przeze mnie masy tłuszczowej. W efekcie byłam mało ruchliwą, wstydliwą, zamkniętą w sobie dziewczynką z oponką i masą ciała większą niż dziś, unikającą wszelkimi sposobami aktywności fizycznej. Od końca podstawówki zaczęło mi się to idealnie udawać w związku ze zwolnieniem z w-fu, jakie dostałam na okoliczność sporej wady wzroku. Dziś pewnie takie zwolnienie nie mogłoby mieć miejsca, bo jak wiadomo, duża krótkowzroczność nie jest  przeciwwskazaniem nawet do takiego wysiłku, jakim jest naturalny poród, ale wówczas możliwość unikania wychowania fizycznego była wskazana przez lekarzy, a mnie była osobiście bardzo na rękę.

W konsekwencji nie ruszałam się i oddawałam dwóm ukochanym zajęciom – czytaniu i jedzeniu. Obrastałam tłuszczykiem i kompleksami. W pewnym momencie przyszło otrzeźwienie i chęć zmiany. Wyrwałam się babcinej dominacji jedzeniowej i zaczęłam odchudzać. Moje metody były jednak dość drastyczne – po prostu nie jadłam. W ciągu kilku miesięcy straciłam kilkanaście kilogramów i chęć życia. Popadłam w niejedzeniową obsesję. W momencie, kiedy moja dieta zaczynała się przeradzać w poważniejszy problem, ponieważ straciłam miesiączkę, mama zabrała mnie do dziecięcego ginekologa. Bardzo wiekowa pani doktor postraszyła mnie szpitalem i kroplówką. Dość skutecznie, bo zaczęłam jeść, nabierać ciała i humoru. Szczęśliwie nie wpadłam po uszy w szpony anoreksji, chociaż myślę, że byłam blisko. Od tego jednak czasu kontrolowałam ile i co jem. Nie sprawdzałam jednak pochodzenia i składu jedzenia, bardziej interesowała mnie kaloryczność. Dzięki temu trzymałam bezpieczną i zdrową wagę, nadal jednak byłam typowym kanapowcem, który ze sportem niewiele miał wspólnego. Sporadyczne wypady rowerowe, po których tydzień miałam zakwasy czy wypady na basen, w którym siedziałam głównie w jacuzzi była ówczesną namiastką ruchu.

Na studiach, z racji totalnego braku czasu i kontynuacji zwolnień lekarskich z wychowania fizycznego, ruchowa stagnacja się pogłębiała. Potem przyszła diagnoza cukrzycy, która generalnie wszystko postawiła pod znakiem zapytania, tym bardziej moją aktywność ruchową. W trakcie pobytu w szpitalu, związanego z wykryciem u mnie cukrzycy nie stawiano takiego nacisku na sport, jak podczas dzisiejszych hospitalizacji i szkoleń diabetyków. O ruchu w cukrzycy typu 1 lekarze wypowiadali się z dużą dozą ostrożności, pewnie również ze względu na to, że byłam typowym cukrzycowym „świeżakiem” i bez oswojenia się z chorobą, trudno mówić o jednoczesnym ogarnięciu   cukrzycy i sportu.

Przez dwa lata po diagnozie praktycznie się nic nie robiłam w kwestii aktywności fizycznej, bojąc się ruszyć palcem w bucie i nie spowodować tym samym u siebie hipoglikemii. Jednak brak rygoru dietetycznego w połączeniu z ruchową biernością i sporymi dawkami insuliny spowodował ponowne nadmiary wagowe. Kilkakrotnie próbowałam biegać, mocno uważając na poziom cukru, zaczęłam intensywnie pływać, wyposażyłam się w rower stacjonarny, żeby ruszać się zimą. Zaczęłam unikać jedzenia śmieciowego, o wysokim indeksie glikemicznym czy napakowanego cukrem w różnej postaci. Dało to efekt w postaci spadku wagi, zmniejszenia dawek insuliny, jak i ogarnięcia niewyrównanej dotychczas glikemii. Nadal jednak moja aktywność fizyczna była oględnie mówiąc sporadyczna.

Niedługo później poznałam mojego męża. Nie był może jakimś sportowym zapaleńcem, jednak regularnie biegał i pływał. Imponowało mi, że miał takie zacięcie. Chciałam też zacząć tak się ruszać, mieć formę, żeby obiec naokoło dwa lub więcej razy Rusałkę (trasa naokoło Rusałki poznańskiej to ok. 3 km). Nasz pierwszy wspólny bieg do parku na Dębinie do dziś jest wspomnieniem, na które się szczerze śmiejemy. Po dobiegnięciu na miejsce, czyli po może kilometrze lub dwóch, zaczęłam przystawać i marudzić, że łydki mnie bolą, że nie chcę, że taki ciągły (!) bieg to nie dla mnie. Wcześniejsze nieśmiałe próby biegania były śmieszne w porównaniu z tym, czego oczekiwał po mnie narzeczony. Kontynuowaliśmy jednak te próby. Szło mi coraz lepiej, chociaż nadal wspominam, że modliłam się w trakcie treningów, żeby jak najszybciej się skończyły. W trakcie jednego z nich czułam dziwny ból i rwanie w podbrzuszu. Po jakimś czasie okazało się, że jestem w ciąży, a ten dziwny ból w dole brzucha to mój synek, który mościł sobie gniazdo w mojej macicy 😉

Fakt zajścia w ciążę w przewidywalny sposób postawił kres bieganiu, zwłaszcza, że początki były problematyczne i musiałam nawet przez jakiś czas leżeć, żeby uniknąć poronienia. W trakcie ciąży sytuacja się szczęśliwie poprawiła i miałam zielone światło dla ruchu. Ograniczałam się jednak tylko do rowerka stacjonarnego, nie chcąc narażać dziecka i siebie na zbyt mocne przeciążenia w trakcie biegania czy normalnego cyclingu.

Na trasę powróciłam dobre pół roku po porodzie, może było to 8 lub 9 miesięcy później. Pamiętam, że biegałam jeszcze z mlekiem w piersiach, a moje przebieżki były szybkie i krótkie – byle wrócić do małego ssaka, który nie potrafił obyć się bez mamusinego cyca. Pełen luz i wolność biegowa powróciły po odstawieniu synka od piersi, czyli po około roku od jego narodzin. Biegałam wtedy już bez towarzystwa męża, bo wiadomo, że musieliśmy się dzielić opieką nad synem. Ambicjonalne podejście do tematu spowodowało, że biegałam więcej, po 6, 8, potem po 10 km. Nie brałam pod uwagę masowych biegów zorganizowanych, bojąc się braku możliwości kontroli glikemii w trakcie. Tak biegałam sobie sama, zatrzymując się na pomiar cukru i leciałam dalej, niezależnie i swobodnie, jedynie pod dyktando swojego samopoczucia i organizmu. Po jakimś czasie przyszła jednak nuda i stagnacja w moich postępach. Nie było motywacji, nie było bodźca który by mnie pchnął do przodu. Trochę też zaczęło mi wybijać cukry po biegu i nie wiedziałam, jak to ugryźć. Zaczęłam więcej ćwiczyć w domu, kiedy będąc z dzieckiem, nie mogłam wyjść biegać. Na pierwszy rzut poszły programy Ewy Chodakowskiej. Było ciężko, jednak straszną satysfakcję sprawiało mi ukończenie danej sesji treningowej, gdzie padałam zdyszana i zlana potem na matę. W taki sposób podkręciłam formę, biegając 2 razy w tygodniu i ćwicząc co drugi dzień. Do dziś jestem tym programom wierna, jednak progres formy spowodował, że je urozmaicam obciążeniami, mieszam lub wydłużam.

W międzyczasie trafiłam kontrolnie na oddział diabetologii w Szpitalu im. Raszei w Poznaniu, na tzw. tydzień pompowy. W trakcie takiej hospitalizacji, którą trudno nazwać typowym szpitalnym pobytem (w końcu zazwyczaj na oddziałach szpitalnych pacjenci w piżamach przemykają cichaczem do toalety i tyle ich widać). My jako pacjenci, oprócz przeglądu generalnego, jaki nam zrobiono w trakcie pobytu na oddziale, mieliśmy codziennie kilkugodzinne szkolenia dotyczące leczenia pompą insulinową. Szpital przemierzaliśmy w dresach, a ci bardziej sportowo zakręceni potrafili robić sobie treningi, biegając w tę i z powrotem po schodach i niczym nie przypominali w teorii chorych pacjentów „leżących” na oddziale. W trakcie szkoleń dowiedziałam się wiele na temat kontroli glikemii w trakcie i po aktywności fizycznej. Poznałam kilkoro chorych, którzy z sukcesami startowali w biegowych rywalizacjach np. półmaratonach i maratonach, nie mając problemu ze spadkami cukru w trakcie ich trwania. Utwierdziłam się w przekonaniu, że moja choroba nie jest przeciwwskazaniem do udziału w masowych biegach. Nadal jednak miałam obawy, ale w mojej świadomości zasiane zostało ziarenko chęci spróbowania swoich sił w takiej imprezie.

Bogatsza w teorię zaczęłam podkręcać biegową śrubę. Znacznie ułatwiała mi to pompa insulinowa, chociaż dziś wiem, że można trenować również lecząc się metodą intensywnej czynnościowej insulinoterapii, czyli po prostu podając insulinę penem. Pompa pozwala dostosować dawkę insuliny bazowej do zbliżającej się aktywności fizycznej, peny niestety nie. Można jednak zmniejszyć np. dawkę insuliny doposiłkowej lub dojeść wymienniki węglowodanowe (WW) w ilości ok. 2 WW przed biegiem.

Na początku 2018 roku dopisałam do mojej listy noworocznych postanowień przebiegnięcie półmaratonu poznańskiego. Długo zwlekałam z ostatecznym zakupem pakietu startowego, nie mówiąc nic mężowi ani rodzinie. Trochę obawiałam się niedotrenowania w związku z przedłużającymi się chorobami syna. Nie mogąc wziąć zwolnienia na chore dziecko, musiałam siedzieć z małym w domu i wymieniając się opieką z mężem, jednocześnie pracować. Ominęłam wiele treningów, nie zrealizowałam żadnego planu treningowego. Licząc na formę uzyskaną dzięki sesjom domowym i dotychczasowy dorobek biegowy, czyli stosując metodę treningową „biegowego wariata”, 15 kwietnia 2018 roku stanęłam na starcie 11. PKO Poznań Półmaratonu.