(Do) wyklepania

Na pewnym etapie macierzyństwa przychodzi chwila, kiedy zdajesz sobie sprawę, że dzięki swojemu wychuchanemu potomkowi nie będzie już tak prosto uchylać się od odpowiedzialności za swoje potknięcia. Nie przemkniesz cichaczem nieoświetloną stroną parkingu do windy, rozglądając się z nadzieją, że nikt nie widział (ani nie słyszał) twego haniebnego aktu podrapania ukochanego mężowskiego auta o parkingowy słup (znowu!). Nie skulisz się z poczuciem winy pod kocykiem, mając nadzieję na odroczenie wybuchu złości Małżona i  kierując rozmowę na bezpieczniejsze tory, odłożysz kompromitujące przyznanie się do winy na jutro, potem, najlepiej na święte nigdy… Może nie zauważy….?

Cóż. Trudno nie dostrzec z kilometra potrójnej, grubej, żółtej rysy po prawej stronie karoserii. Malowniczo upstrzyła bok samochodu, niestety permanentnie. Jej pojawienie się nie jest jedynym błędem, jakiego się dopuściłam podczas owego samochodowego aktu wandalizmu. Prawda jest taka, że wystarczyło po prostu się dzieciakowi nie przyznawać. Udawać durną, że ten chrzęst karoserii to jego zwidy słuchowe. Niestety, musztarda po obiedzie, wyklepałam dzieciowi jak na spowiedzi swój grzech. Ten jeszcze nie zdążył dobrze wyplątać się z pasa, a już widząc plotkujących sąsiadów-tatusiów jego przedszkolnych znajomych, niepomny swojej nieśmiałości, za którą wiecznie się chowa i tym samym unika oficjalnych konfrontacji z przeróżnych okazji, leci i klepie jęzorem, aż echo odbija się od ścian parkingu:

– A mama właśnie porysowała samochód!

Matce zrzedła mina, co nieco opadło (szczęka, cycki i inne, co opaść powinny w takich sytuacjach z wrażenia i wstydu). Chowam poczerwieniałe lico w ramionach, udając, że ja, to nie ja. Sąsiad po chwili konsternacji stwierdza przytomnie, że się wyklepie akt wandalizmu przeze mnie poczyniony. Uśmiecham się krzywo i uciekam chyłkiem z siatami, co mi łapy z ramion wyrywają, z miejsca samochodowej zbrodni, poganiając małego skarżypytę. Przede mną największe wyzwanie. Przyznanie się do winy Panu Mężowi. Już w windzie jednak próbuję lawirować i uciec od odpowiedzialności, perswadując Młodemu, żeby powstrzymał się od niezwłocznego informowania tatusia o zaistniałej sytuacji. Adik niby się godzi, po czym wcelowywuje kompromitującą mnie informację niczym bombę w przestrzeń między uszami rodziciela, jeszcze zanim ten ostatni dobrze otworzy drzwi domostwa.

Dżizas. Wydałam na świat potwora. Dziecko-zdrajcę. Może nie w mękach bóli porodowych, bo mnie fachowo pociachano horyzontalnie na brzuchu, a jednak.

Po co Ci to było kobieto, puchu marny, kierowco od siedmiu boleści?