Złe miłego początki, czyli o diagnozie słów kilka

14 lat minęło jak jeden dzień… Te minione kilkanaście lat od diagnozy to z jednej strony pasmo ‚chorobowej udręki’, zwłaszcza w początkowych etapach mojej nauki radzenia sobie z cukrzycą, potem stopniowe oswajanie się z tym niedomaganiemi w końcu – pełna akceptacja słodkiego stanu rzeczy, którą można podsumować prostym wnioskiem: dzięki chorobie jestem zdrowsza, niż byłam przed jej wykryciem. Wielokrotnie też dochodziłam do paradoksalnego wniosku, że tak naprawdę dobrze, że akurat mnie dotknęło to schorzenie, bo wolę ja sama sobie z nim radzić niż bezradnie patrzeć na walkę z chorobą kogokolwiek z moich bliskich.

Wykrycie choroby szczęśliwie nastąpiło w momencie, w którym nie groziła mi jeszcze śpiączka hiperglikemiczna, jednak jak bliska byłam tego stanu, trudno ocenić. Postawienie dość szybkiej diagnozy (po około miesiącu od nasilenia się objawów) było możliwe w dużej mierze dzięki wiedzy zdobytej na wykładach z patofizjologii. Studia mnie poniekąd uratowały – przynajmniej przed powikłaniami długo utrzymującej się hiperglikemii. Zaniepokoiły mnie nietypowe jak na mnie (a typowe dla cukrzycy) objawy i postanowiłam na własną rękę wykonać badanie krwi i moczu na poziom glukozy. Myślałam że to wynik upałów. Był gorący początek lata, po wyjątkowo ciepłym końcu wiosny. Zbliżał się koniec wyczerpującego roku akademickiego, ciężka sesja trwała w najlepsze, a ja piłam hektolitry płynów – wody, soków, coli. Piłam i siusiałam. Siusiałam i piłam. I spałam. zasypiałam nad książką tuż po przebudzeniu. Nie mając siły na naukę, zaliczyłam tzw kampanię wrześniową’. Wilczy apetyt powodował, że pochłaniałam tony jedzenia, mimo to chudłam. Ewidentnie coś mi się w tych objawach nie podobało. Dzień przed rozpoczęciem wakacyjnych praktyk w aptece poszłam zrobić badania. Gdy przyszłam odebrać wyniki, w dyżurce pielęgniarskiej nagle zrobiło się zamieszanie, przybiegł lekarz. Cukier 286 mg/dl. Niby nie tragicznie, ale przecież nie miałam dotąd wykrytej cukrzycy… Od razu zalecono udać mi się w trybie pilnym na izbę przyjęć. Świat wywrócił mi się do góry nogami. Tego samego dnia wylądowałam w szpitalu z glikemią 380 mg/dl. Diagnoza nie była dla mnie zaskoczeniem:

 

cukrzyca typu 1

 

Dziś, wspominając ten dzień pamiętam łubiankę truskawek, jaką kupiła mi babcia, czekając na mnie przed przychodnią, gdy odbierałam wyniki. Pochłonęłam ją całą w drodze powrotnej do domu, zapijając łzami. Trochę niefortunnie truskawki do dziś przypominają mi tamten dzień. Potem na obiad zjadłam kopiasty talerz spaghetti bolognese, ostatni w życiu posiłek spożywany bez podawanej z zewnątrz insuliny (do tego z białym, zwykłym makaronem). Wcześniej lekarz zalecił mi zjeść coś lekkiego, bez cukru, np. gotowaną marchewkę. Paradoksalnie, dziś właśnie taka marchew najbardziej mi wybija cukier. Nie mówiąc o truskawkach i bolognese na pszennym makaronie. Nie miałam pojęcia, że mają cukier! Długa była była wtedy przede mną droga w odkrywaniu cukrowych tajników jedzenia.

Dziś cukrzyca jest wyznacznikiem mojego stylu życia – zdrowego odżywiania, aktywności fizycznej, dalszego i bardziej wnikliwego zgłębiania teorii i praktyki leczenia. Choroba z pewnością nie jest jakimkolwiek ograniczeniem, ani w codziennym życiu, ani w realizacji celów zawodowych i prywatnych. Moim największym osiągnięciem, którego z pewnością żadne inne nie będzie kiedykolwiek w stanie przebić, jest urodzenie w pełni zdrowego synka, nie obarczonego żadnymi powikłaniami cukrzycowymi. Cały okres ciąży był walką o jego zdrowie poprzez wręcz obsesyjne dbanie o dobre cukry, co dało mi wyniki tak dobre, że lekarze żartowali, że mam HbA1c (hemoglobinę glikowaną) lepszą niż zdrowy człowiek, co zgodnie z dzisiejszą wiedzą medyczną jest prawie niemożliwe.

Walka z cukrzycą trwa każdego dnia, zaczyna się pomiarem glikemii tuż po przebudzeniu. Jest nierówna, bo przeciwnik wybitnie podstępny. Nadal jednak zamierzam wygrywać jak dotychczas. Bronię się rękoma i nogami przed powikłaniami, które szczęśliwie mnie nie dotyczą. Metody są różne, od standardowych zaleceń lekarzy, przez fitnessowo-biegową manię, lekką fiksację na punkcie zdrowego odżywiania po niestandardowe metody w postaci degustacji czerwonego, wytrawnego wina.